Tuż przed wybuchem wojny.

Rok 1939 już od początku był bardzo niespokojny dla mieszkańców nie tylko Sokolnik. W jeden marcowy wieczór pojawiły się na niebie tajemnicze znaki (zorza polarna). Ludzie je oglądali i różnie komentowali. Jedni widzieli postać Chrystusa z krzyżem, inni jakieś złowrogie postacie przepowiadające wojnę. To zjawisko widział również piszący te słowa. Znaki na niebie przepowiadały nadejście nieokreślonego kataklizmu. Wyobraźnia obserwujących nie miała granic.

Nieliczni mieszkańcy, którzy posiadali radia, przeważnie słuchawkowe, a jeszcze mniej liczni na baterie pogrążeni byli odbiorem niepocieszających wiadomości o nieuniknionej wojnie. Dlatego chętnie słuchano tych jedynych wiadomości zbierając się u właścicieli tych przekaźników. Jednym takim miejscem była posesja Ignacego i Wiktorii Dymaczów później Walentego i Stefanii Dymaczów, Władysława i Anny Olszewskich, dzisiejsze posesje nr 3 i 5 – ulica Warszawska.

Tuż przed wybuchem wojny miały miejsce w Sokolnikach manewry wojsk polskich, oglądanie samolotu, który miał lądowisko przy drodze Sokolniki- Zagórze. Rok był bardzo urodzajny. W sierpniu wielu młodych poborowych otrzymało karty powołania do wojska. Były bardzo serdeczne pożegnania, płacz zwłaszcza gdy żegnali się młodzi małżonkowie ze swymi rodzinami. Młodzież organizowano tworząc grupy obserwacyjne mające dyżury na wieżach obserwacyjnych i w lasach. Odbywały się szkolenia na których uczono jak chronić się przed działaniem gazu i zabezpieczać okna przed wypadaniem szyb na skutek wybuchu pocisków i bomb. Bardzo dużo miejsca tym sprawom poświęcały wychodzące gazety.

1 września 1939 roku w Sokolnikach.

O świcie 1 września w Sokolnikach było słychać jakieś głuche huki i warkot samolotów, które nie wszędzie było widać na skutek gęstej mgły. Około godziny 700 przed posterunek policji w Sokolnikach mieszczący się po drugiej stronie u p. Rudowskich podjechał wojskowy samochód (łazik). Ludzie tam biegli z krzykiem wołając: „Niemca przywieźli". W samochodzie w asyście polskich żołnierzy siedziała biała kukła. Był to ranny pilot niemieckiego samolotu, który lądował na polu między Galewicami i Niwiskami po wschodniej stronie drogi Galewice –Wieruszów. Załogę rozbitego samolotu stanowił tylko pilot, który doznał złamania ręki. Przy rozbitym samolocie pierwszy znalazł się 18-letni wówczas mieszkaniec Galewic, Kazimierz Gaj (obecnie mieszkaniec Tybli) który rozbroił zachowującego się butnie i agresywnie, niemieckiego pilota oraz uniemożliwił mu wykorzystanie radiostacji pokładowej1 .Po pilota przyjechali z Sokolnik żołnierze z 92 Kompanii Czołgów Rozpoznawczych. Przywieziony przez nich felczer Antoni Śmigielski z Sokolnik udzielił rannemu pierwszej pomocy medycznej. Obandażowanego jeńca w asyście polskich żołnierzy przewieziono wojskowym samochodem terenowym (łazikiem) do dowództwa kompanii. Widziała go więc Teresa Lewińska, wówczas prawie 11- letnia dziewczynka, która pisze, że otoczyła samochód miejscowa policja bo ludzie chcieli go roznieść na „paznokciach". „Byłam bardzo ciekawa jak wygląda ten Niemiec. W koszulinie weszłam na płot i zobaczyłam jedno wystraszone oko wyglądające spod pokrwawionych bandaży" (T. Lewińska).

Po przesłuchaniu jeńca przez dowódcę kompanii czołgów, został przewieziony do wieluńskiego szpitala. Wobec zbombardowanej placówki, jeniec uzyskał pomoc w punkcie ratowniczym przy ul. Sieradzkiej. Podobnie w Wieluniu, oczekujący na opatrunek ranni usiłowali dokonać samosądu nad niemieckim pilotem. Zdecydowanie interweniował kierownik punktu, felczer Stanisław Cierkosz. Pilotowi nic się nie stało.

Rozbity koło Galewic samolot był dwumiejscowym samolotem rozpoznawczym typu Henschel Hs 126. Odbywał lot zwiadowczy w celu rozpoznania warunków meteorologicznych, panujących na obszarze powiatów wieluńskiego i kępińskiego dla potrzeb 8 armii i rozpoznania polskich pozycji obronnych2.

92 kompania czołgów wchodząca w skład Oddziału Wydzielonego 2 zakwaterowała się w majątku w Sokolnikach.

O godz. 8.00 Dymaczowie słuchali przez radio przemówienia A. Hitlera, który przemawiał do Niemców informując swój naród o rozpoczętej wojnie przeciw Polsce.

Około godz. 9.00 zjawili się u Dymaczów krewni z Kamionki k. Bolesławca jako uciekinierzy. Niemcy ostrzelali ich bezbronnych na własnym polu3.

Szczęśliwie uszli z życiem i uciekli zabierając ze sobą nieduży bagaż. Wtedy to w rodzinie Dymaczów bardzo nagłe przygotowanie do ucieczki z własnego gospodarstwa. Zabrano dwie krowy, trochę odzieży. Nie zabrano najważniejszego –chleba, bo go akurat w domu zabrakło. Chleb wtedy pieczono jeden raz w tygodniu. Odjechali w stronę Zdzierczyzny przed wieczorem z ciężko chorym dziadkiem Ignacym leżącym na wozie. W ciągu tygodnia dojechali do przedmieść Łodzi. Spotkali się z wielką wrogością zamieszkałych Niemców w jednej wiosce pod Łodzią. Stamtąd mężczyźni udali się szukać komendy polskiego wojska aby wstąpić w jego szeregi. Dotarli aż do Brzezin, ale wrócili bez sukcesu. Postanowili wracać do domu. Trudno im było wracać pod prąd podążających niemieckich wojsk. Wracali poboczem i rowami. W Lututowie dowiedzieli się, że ich dom jest spalony. Zamieszkali na razie u krewnych których domostwa nei spalono, aż dotąd dopóki ojciec nie dostosował murów spalonej obory na mieszkanie.

Inna była droga ucieczki wujka Wacława. On posiadał rower i wraz ze swoją przyszłą małżonką Janiną Świtoń (1919) wyjechali rowerami w popołudnie 1 września do Kowla na Wołyniu. Tam w Kowlu Janina miała bliską rodzinę u której przebywała krótko przed wojną kończąc szkołę zawodową o specjalności krawieckiej. Zajechali tam bardzo szybko przejeżdżając przez Łódź i Warszawę. Mieli bardzo dużo szczęścia bowiem mimo niemieckich nalotów nigdy nie doznali obstrzału. Ich pobyt we względnym spokoju nie trwał zbyt długo. 17 września opanowały te tereny wojska radzieckie. Po pewnym czasie (już w październiku) rozpoczęły się z tych terenów deportacje ludności polskiej na Daleki Wschód, między innymi na Syberię i do Kazachstanu.

Pan Wacław podjął decyzję powrotu do domu w Sokolnikach. Dojechali rowerami do rzeki Bug na której zaborcy wytyczyli granicę. Zostawili rowery i za opłatą przeprowadził ich przemytnik przez linię graniczną między nowym zaborem radzieckim i Niemcami. Stamtąd pociągiem dojechali do Czastar. Był to pewnie koniec miesiąca listopada. Tak relacjonuje ucieczkę Janina Dymacz z domu Świtoń.

Różne były drogi ucieczki mieszkańców gminy Sokolniki. Niejedni dotarli furmankami daleko na wschód od Warszawy. Inni jak np. rodzina Leona Nikodema w okolice Łasku, gdzie jednego wrześniowego dnia zginęła od kul ostrzeliwując uciekinierów niemieccy lotnicy. Na polu ziemniaczanym zginęła żona Leona Nikodema- Władysława i córeczka Teresa. On pogrzebawszy żonę na pobliskim cmentarzu postanowił wstąpić do armii polskiej i walczyć przeciwko Niemcom. Niestety do wojska nie został przyjęty. Wróg go dogonił w Warszawie. Inni jak rodzina Brzezińskich z Tybli z dwojgiem dzieci zginęli wszyscy od kul Luftwaffe.


 

1. N. Klatka: Wieluński wrzesień. Wydawnictwo Komandor Wieluń-Gdynia 2006 r.
2. Tamże, s.27.
3. F. Lewińska: Wspomnienia (rękopis 2008r.)